Naszą witrynę przegląda teraz 323 gości 
Odsłon : 24383033

Mecenasi Literaci.eu

Losowe utwory

MEDIA

 

Code



Code

Code

Code

Code

Code

Code

Karol Samsel: Nago i w przebraniu - Juliusz Erazm Bolek

(...) Poezja Juliusza Erazma Bolka jest monologiem o tyle szczególnym, że pozbywa się duplikatów na rzecz totalnej samotności – a więc obecności jednoosobowej, w której autor obcuje z samym sobą, w różnych ujęciach, pod maskami wszelakiej maści sobowtórów samego siebie. Z tego też powodu wielokrotnie, opisując, czym jest Sens-or, nazywałem ową książkę rozprawą o samotności na sto głosów (tomik bowiem – na podobieństwo epopei magicznej Marqueza pt. Sto lat samotności – liczy sto wierszy)...








Posiadamy duplikat wszystkich znajomych istot, ale zazwyczaj mieszczący się na horyzoncie naszej wyobraźni, naszej pamięci; jest stosunkowo zewnątrz nas i to, co zrobił albo mógł zrobić, zawiera dla nas nie więcej elementów bólu niż przedmiot ustawiony w pewnej odległości, dostarczający nam jedynie bezbolesnych wrażeń wzrokowych. To, co dotyczy owych istot, percypujemy w sposób kontemplacyjny; możemy ubolewać nad tym w odpowiednich zwrotach, które dają innym pojęcie o naszym dobrym sercu, lecz nie odczuwamy tego; ale od czasu mojej rany w Balbec duplikat Albertyny znajdował się w moim sercu bardzo głęboko, trudny do wydobycia.

Marcel Proust, Uwięziona, Prószyński i S-ka, s. 223.


Drodzy Państwo, pozwoliłem sobie rozpocząć swoją wypowiedź od cytatu z piątego tomu opus magnum Marcela Prousta À la recherche du temps perdu, wszyscy bowiem, zdaje mi się, zostaliśmy osaczeni przez duplikaty istot, które w naszej prywatnej historii świata, w naszym życiu – stanęły nam na drodze. Owe duplikaty narastają i napierają na nasze umysły, dynamizując proces twórczy jako taki. Osaczenie staje się udręczeniem. W ten przedziwny sposób rodzi się samoobsesja, jedna z wielu przyczyn poezji jako sposobu na ujęcie całości doświadczenia. Jak uczynić poezję wolną - wbrew duplikatom uparcie zasiedlającym przestrzenie naszej wyobraźni? Czym jest „duplikat Albertyny”, który więzi nas w szklanych piekłach wyrzutów sumienia?

Poezja Juliusza Erazma Bolka jest monologiem o tyle szczególnym, że pozbywa się duplikatów na rzecz totalnej samotności – a więc obecności jednoosobowej, w której autor obcuje z samym sobą, w różnych ujęciach, pod maskami wszelakiej maści sobowtórów samego siebie. Z tego też powodu wielokrotnie, opisując, czym jest Sens-or, nazywałem ową książkę rozprawą o samotności na sto głosów (tomik bowiem – na podobieństwo epopei magicznej Marqueza pt. Sto lat samotności – liczy sto wierszy). Autor, opisując prywatne obsesje i udręczenia podmiotu lirycznego, zamyka je niejednokroć w małej szkatule ciała i umysłu osoby opowiadającej. Nie wkracza w obszar duplikatów, w poezji Bolka nie ma Albertyny jako personifikacji utraty, jest za to „ja” ogołocone z siebie, mały teatr sceniczny z partyturą na jednego aktora i jedną publiczność w tej samej osobie. Z tego też powodu tak często w tym pisaniu pojawia się motyw nagości, która, mimo że jest zaburzeniem świata relacji międzyludzkich, nikogo nie interesuje (Bolek wydał w 1986 roku oddzielny tomik wierszy opatrzony tytułem nawiązującym do tego problemu: Nago).

Okazuje się jednak, że w tym jednoosobowym studium izolacji nie brak proustowskich duplikatów. I choć nie wykraczają one poza przestrzeń tej samej osoby (podmiotu lirycznego), stanowiąc tym samym nie tyle jej ubranie – na osłonięcie nagości, co przebranie, duplikaty owe pozostawiają w pamięci czytelnika wrażenie tłumu postronnych osób przetaczających się przez karty książki. Tak, proszę Państwa, Sens-or jest zaludniony, nawet – jeśliby liczyć się z tym „demograficznym” pozorem – przeludniony. Na 80 stronach wierszy zebranych Juliusza Erazma Bolka dochodzi do spotkań niespodziewanych i zaskakujących: oto trafiamy na Brigid i Komercjusza, Salvadora Dali, a nawet na Skata – bohatera Siódmej pieczęci Ingmara Bergmana. Pytanie najważniejsze, bo podstawowe dla recepcji Sens-ora: kim oni są i czym są spotkania z nimi, jeśli, szanowni Państwo, tomik podobno ma traktować o odosobnieniu totalnym i o samotności nie do uchylenia?

Otóż, rzecz jest bardziej skomplikowana niż mogłoby się nam to wydawać. W swojej twórczości Bolek nieraz posługuje się rzadko spotykanymi składniami np. wierszem dialogowym, ale dialog w rozumieniu Autora nie stanowi tu przykładu porozumienia całkowitego z ducha chociażby filozofii spotkania Levinasa czy Tischnera. Jest to zapis komunikacyjnych usterek prowadzących w rezultacie do słownej scysji i do poznawczej inercji. Mówiąc językiem konkretu, w wierszach takich, jak Podróż między gwiazdy, Brigid i Komercjusz, czy ***(co się z Tobą działo) Bolek zestawia ze sobą oddalonych kochanków, nadwrażliwców z „niedowrażliwcami”. Niemożność zawiązania choćby osnowy rozmowy jest niezdolnością produkcji duplikatów, które odpowiedziałyby na wątpliwość drugiej osoby dialogu. Bez duplikatu następuje rozpad oryginału – przed tym rodzajem dezintegracji zdaje się przestrzegać Autor. Sens-or, a więc czujnik, transduktor, albo innymi słowy: komunikat czuciowy, jest świadectwem przepływania przez rzekę jaźni wszystkich dostępnych ludzkiemu umysłowi duplikatów. Co się jednak, szanowni Państwo, stanie, jeśli duplikatów zabraknie, a rzeka światopoglądu wyschnie? Właśnie z tego punktu poznawczego, ze stanu braku i niedomiaru czujnika, z obszaru przeregulowania sensora, a więc z dziedziny czystej samotności – wyłania się poezja Juliusza Erazma Bolka. Jego wiersze bowiem są zapisem porażki komunikacji czuciowej, świadectwem nieprzystawalności bodźca do bodźca. Są, mówiąc po prostu, raportem z oblężonego miasta samotności – raportem niemile widzianych w literackim uniwersum ponowoczesnym, gdzie świadomość utraty staje się niewypowiadanym i niewypowiadalnym tabu literackiego cynika-ironisty. Taki profil twórczości Bolek utrzymuje do momentu wydania w 1992 roku Skrótów szaleństwa. Wymieniony tomik jest ostatnią z części jego poetyckiej sagi o samotności, po nim zaś następuje coś na kształt aksjologicznego zwrotu od stanu siebie do stanu rzeczy. Soczewka, którą posługuje się poeta, staje się nagle bardziej wygładzona, impresyjna, zamiast kontury wyostrzać, ona je zamazuje. Głównym zbiorem tekstów reprezentujących ten okres w życiu Bolka są Sekrety życia, kończące zbiór, który mam przyjemność dziś Państwu przedstawić.

Poezję tę od tego momentu zdominowuje egzystencjalna zgoda na siebie, franciszkanizm ujawniający się w pochwale trudności życia oraz impresjonizm – Bolek bowiem rozpoczyna wówczas nowy warsztatowo etap, korzystając z narzędzi, jakie pozostawili po sobie europejscy pejzażyści XIX wieku: John Constable, Caspar David Friedrich, w Polsce: Józef Chełmoński.

Taki rodzaj pisania w żaden sposób nie neguje poprzedniego etapu twórczego Autora. Pozbawienie się duplikatów i realizowanie figury samotnika, a nawet mizantropa, tak wyraźne w tomach Nago czy Skróty szaleństwa Bolek zastępuje świadomą rezygnacją z tychże duplikatów, uwolnieniem się z kokonu pułapek, jakie umysł zastawia na samego siebie. W tym sensie obie postawy literackie Juliusza Erazma Bolka dopełniają się jak dwa, przystające do siebie skrzydła dyptyku. Wyizolowanie siebie z podstawy ludzkiej i pochwała życia w kosmosie natury. Bolek zdaje się mówić pewnie i dobitnie – nie ma Albertyny, bo nigdy jej nie było. Duplikatami jesteśmy my sami i należy nam pracować przede wszystkim nad tym, by być dla siebie i w sobie – jak mówi Proust: „bezbolesnym wrażeniem wzrokowym”. Wówczas uregulujemy sensory naszego bycia, a razem z nimi nieraz pokrętne i uwikłane sensy naszej świadomości. Donieść opowieść do końca, i złożyć ją u źródła samej siebie, niech się w sobie przejrzy – to w moim głębokim przekonaniu nadrzędny cel każdego słowa, które wypływa z naszych ust. Mądrze zawierzyć drugiemu człowiekowi tak, jak zawierza się własnemu dobru. Mieczysław Jastrun w wierszu Poeta ujął to chyba najtrafniej:

Nie mogę zostać w sobie, cały w sobie
Tym najtajniejszym jak drzewo wnętrzności.
Nie mogę pozbyć się swych ogniotrwałych liści.
Nie mogę milczeć, widząc rozpacz innych –
I tylko dzięki innym jestem większy
Od siebie, co nie godzi się na siebie.
Ręka, co trzyma pióro, nie jest inna
Od tej, która ociera pot i krew.

Z tomu: Strefa owoców, 1964.

Zarząd Główny Związku Literatów Polskich

Oddział Warszawski ZLP

O Magazynie Literaci.eu

Czytelnia