Naszą witrynę przegląda teraz 168 gości 
Odsłon : 24359480

Mecenasi Literaci.eu

Losowe utwory

MEDIA

 

Code



Code

Code

Code

Code

Code

Code

Roman Tomaszewski: A koniu przykro

Ad vocem: Miłosza Kamila Manasterskiego: „Krytyków zastępują promotorzy”

Całkiem niedawno bo w maju ukazała się książka znajomego poety. Wydawnictwo bardzo zacne, edytorsko książka bardzo dobra, posłowie bardzo dobre, autor w jego samego mniemaniu - bardzo dobry, zawartość książki ….. no właśnie jaka. Na moje pytanie: czy ktoś przyjedzie omówić jego książkę autor X odpowiedział: moje teksty są tak dobre, że bronią się same za siebie, ja sam uprawiam krytykę więc nikt nie musi przyjeżdżać, poza tym nie stać mnie na pana Recenzenta”.

 

Czyli już wiemy o co chodzi. Nie stać autora na opłacenie przyjazdu recenzenta i krytyka z rzetelnym omówieniem wierszy, więc patrzcie ludzie na jego dzieło poprzez pryzmat tego jaki jest wielki. Nic tylko megalomania i narcyzm pierwszej wody. Tom się sprzedał bo rodzina przyszła na tzw. promocję z kilkoma znajomymi po piórze, reszta wysłana tu i ówdzie z nadzieją zapewne, że ktoś coś napisze. Żadnych działań marketingowych nie było bo nakład książki symboliczny. Mija pół roku i dziad ze złamanym piórem nie napisał słowa. I przypominają się pełne patosu słowa kolegi X-a, wypowiedziane jakiś czas temu przy okazji innej książki: X napisał bardzo ważną książkę … Wtedy cisza zapadła, zebrani wytężyli ucho czekali i ….. nie doczekali. Kolega autora na tym zakończył. Nikt nie dowiedział się dlaczego książka jest ważna. Koleżeńska i serdeczna mowa trawa nie znalazła również odbicia w prasie zwanej literacką ani zaraz po tzw. promocji ani później. Nikomu się nie chciało niczego napisać, dla nikogo ani poprzednia ani ostatnia książka nie była ważna. Dlaczego? Wydaje się, że prawda jest to co pisze Miłosz Kamil Manasterski: coraz więcej geniuszy okrzykiwanych przez kolegów mających nadzieję, że wzajemnie również będą ogłoszeni wielkimi oraz co pisze Zbigniew Gordziej (Marx na gwałt potrzebny ), że poetów mamy bardzo dobrych i dobrych, o nich się pisze, a za X nikt nie chce brać odpowiedzialności albo po prostu nikomu się nie chce. Co zatem świadczy, że jeden z drugim poeci żyją jeszcze czy to w Warszawie, Łodzi czy innej Zduńskiej Woli? Ano to, że kiedy poeta dostanie jakaś nagrodę lub choćby najmniejsze wyróżnienie w nawet parafialnym konkursie literackim, biegnie do lokalnych skrybów i chwali się i prosi by coś o nim napisali. Skryby piszą dodając, a fragment życiorysu rzeczonych i etos poetycki trwa. Trochę inaczej jest gdy autor Y ma znajomego w świecie literatury i stać go na niego albo znajdzie odpowiedniego płatnika. Wtedy na promocji czy innym spotkaniu z autorem możemy spotkać kogoś kto laudację wygłasza jak na ten przykład Leszek Żuliński piszący: Recenzje są więc coraz rzadziej obiektywne i raczej mają swój inny, konkretny cel. To jest ściśle związane z przemianami rynkowymi, którym nie oparła się także kultura. On też nie ukrywa, że za swoje wypowiedzi bierze wynagrodzenie, a wręcz zachęca do tego by go wynajmować: Osoby prywatne, media, szkoły, biblioteki, domy kultury, grupy i kluby literackie mogą mnie „wynająć” do następujących zadań i zajęć: publicystyka kulturalna, szkice, recenzje i inne teksty. Jakiś czas temu w jednym z prowincjonalnych miasteczek, w którym jak na mój gust zbyt często juroruje za wynagrodzeniem, wygłaszał tyrady na temat pewnego piszącego. Nie potrafił się zatrzymać, prawie mu przerwano. Ale skoro czysta gotówka, bez podatku wpadła do kieszeni to trzeba kolejnego autora nazywać pieszczotliwie bon vivantem literatury i chylić czoła wpisując się kolejny raz w „sektor „krytyki usługowej”. Miałem okazję przeczytać omawianą przez Żulińskiego książkę i przyznam, że ogarnęły mnie wielkie wątpliwości. czy autor i tom na takie wychwalanie zasłużyli. Żuliński pisze w odpowiedzi do Miłosza Kamila Manasterskiego (Leszek Żuliński: Uzdrowić krytykę i krytyków?): Deklaruję tu uroczyście, że jak natrafię na złą książkę zetelpowskiego autora i będę mieć taką wewnętrzną potrzebę – to napiszę krytyczną recenzję. Mamy tu do czynienia czynnikiem determinującym recenzję wewnętrzną potrzebą choć w świetle wcześniejszego cytatu z bloga Żulińskiego można by sądzić inaczej. Wydaje się, że znany poszukiwacz bon vivantów nie omówi ostatniej ksiązki X-a gdyż w zawartości tejże znajduje się wiersz dedykowany, a przecież nie wypada pisać krytycznie o koledze dedykującym. A szkoda ponieważ książka zasługuje na rzetelne omówienie. Omówienie krytycznoliterackie w kontekstach do poprzednich tomów autora, do świadomości jego wczoraj i dzisiaj, omówienia odmiennego niż posłowie w książce X-a pisane z punktu widzenia wydawcy nie znającego autora. i jego poprzednich tomów.

Tu znów zacytujmy Zbigniewa Gordzieja: Jeżeli kiepski i naiwny poeta lub prozaik popełnia błędy warsztatowe albo merytoryczne, to pożądane jest wskazanie na nie i wysłuchanie jego uzasadnień. Ale cóż robić jeżeli X, Y Z i innych wielu ogarniętych przeświadczeniem o swej wielkości nie chcą słuchać albo wpuszczają jednym uchem, a drugim wypuszczają. Ktoś powie, że mają do tego prawo gdyż sztuka ma być odkrywcza i indywidualna, no i niech na Boską miłość będzie taka, ale niech nie trąci u panów po czterdziestce licealną pretensjonalnością lub ściągawką z ekranu telewizora. Dalej Zbigniew Gordziej słusznie spostrzega: Nierozmawianie z koleżankami i kolegami po piórze o efektach ich piśmienniczej pracy jest problemem istotnym i coraz bardziej zauważalnym w środowisku literackim. Tę specyficzną zmowę milczenia należy przerwać. Powiedzmy – dobrze, przerwiemy. Cóż wtedy? Opublikowana recenzja X-a czy Y-ka tudzież innej poetki sprawi, że doprowadzimy do konfliktu? Jeżeli będzie to konflikt na płaszczyźnie literacko artystycznej to dobrze bo z takiego fermentu może dojrzeć dobre wino. Gorzej jeżeli obaj panowie i cała reszta zacznie przenosić to na inne płaszczyzny. A jest to wydawałoby się nieuniknione. Niedawno znajomy tłumacząc się brakiem czasu podesłał celem napisania słowa wstępnego wiersze pana NN. Pan ten będący przedstawicielem radosnego acz grzesznego „częstochowskiego” pisania, spłodził kilkadziesiąt utworów, które pan X wyrzuciłby do kosza natychmiast, znajomy zaś wyłgał się brakiem czasu. Ja posiadam wiedzę, że pan NN jest bardzo poważnie chory i pisanie jest dla niego terapią. Podobne wrażenia można odnieść czytając polemikę panów Jana Siwmira i Tomasza Sobieraja rozmawiających o Eugeniuszu Tkaczyszyn Dyckim – tu brawa za tę rozmowę. Dziwią się oni, czy to co on przedstawia to ma być poezja? Gdyby NN przebywał w szpitalu, a szpital chciałby wydać jego książkę, zapewne przedmową opatrzyłby ją socjoterapeuta lub ktoś od artterapii. Gdyby miał takie koneksje jak omawiany przez panów S pewnie recenzowałby książkę ktoś z kręgu Nagrody „ Nike”. Życzyłbym kilku znajomym poetom aby kiedyś tego doczekali. Oraz tego by doczekali zadania krytyczno literackiego na temat wierszy NN lecz nie na zasadzie wynajmu i „krytyki usługowej” lecz jako zadania szkoleniowego i ciekawego doświadczenia. Ciekaw jestem ilu krytyków i poetów szumnie nazywających samych siebie krytykami umiałoby temu sprostać. Powiedziałem szumnie gdyż nie tylko ja spotykam się z tymi, którym mało splendoru poetyckiego wiec zajmują się krytyką. Wymiar ma to jednak taki, że jest to ledwie omówieniem bez śladów kompetencji, bez wniknięcia w tkankę poetycką, bez odniesienia, bez sensownych konkluzji aż wreszcie bez jasno wynikającej kreacji lub negacji. A wszystko bierze się z koleżeńskich próśb, które również wynikają z braku rozeznania co kto potrafi. Wniosek podaż byle jaka na byle jakie zamówienie - prośbę.

Pół biedy gdy z taką bylejakością nie aspiruje się na afisz, dajmy tu przykład skromnego, przeciwstawiającego się bylejakości i jakże kompetentnego - Mirka Pisarkiewicza cicho królującego w Prowincji Sieradzkiej. Jemu zaufać warto. Niestety nikt nie ma wpływu na wspomnianego wcześniej X-a, krytyka „z własnego namaszczenia”, piszącego bez obaw na zasadzie: autor na stronie tej i tej pisze o tym, a na stronie numer….. o tamtym, że ładna okładka, że się autor urodził, że mieszka. I cóż z tego ma wynikać…..chce się krzyczeć? Ręce i pióro opadają gdy czyta się coś takiego. I na nic podszepty koleżeńskie, że przecież każdy widzi jaki jest koń, że potrzeba czegoś więcej. A koń poezji stoi i przypatruje się z opuszczonymi skrzydłami i przykro temu koniu.

Dodam na koniec cytując Miłosza Kamila Manasterskiego: Z naszego wspólnego milczenia nic dobrego nie wynika. W tej ciszy rodzą się pseudo-talenty i pseudo-objawienia, którym nikt nie ma ochoty nawet pogrozić palcem – tu nie chodzi tylko o nowonarodzonych tu chodzi też o tych, którzy wydali kilka książek, dostali nagrody i pseudonagrody. Chodzi też o tych, którzy w pewnej chwili zastygli, żerują na kreowanych przez kolesiów i siebie opiniach tocząc się równią pochyłą w Baumanowską ponowoczesność.

PS. Dziad ze złamanym piórem nie napisał krytycznej recenzji o najnowszym tomie poetyckim X-a ale autor powyższego to uczynił. Tylko wciąż zastanawia się nad tym czy publikować. Zaproszenie do publikacji ze strony poważnego pisma jest, koledzy piszący podpytują kiedy się ukaże. Jest tylko jedno - ale. Brzmi ono: co ważniejsze prawda o słabej książce czy nadwyrężony układ kilkunastu lat znajomości czy jeszcze coś innego?

 

POLEMIKA:

Leszek Żuliński: Uzdrowić krytykę i krytyków?

Z zainteresowaniem przeczytałem na naszym portalu artykuł Miłosza Kamila Manasterskiego„Krytyków zastępują promotorzy”. Główna teza jest bez wątpienia celna: wiele recenzji jest na usługach marketingu i stanowią „dźwignię handlu”. Recenzje są więc coraz rzadziej obiektywne i raczej mają swój inny, konkretny cel. To jest ściśle związane z przemianami rynkowymi, którym nie oparła się także kultura. To temat poniekąd na inny artykuł, toteż nie chcę tutaj brnąć w te sprawy. Ponadto rodzi się masa innych pytań, np. takie, czy recenzja w ogóle może być obiektywna? Moim zdaniem zawsze jest subiektywna. Może więc raczej powinniśmy posługiwać się innym pojęciem, np. wymagać od krytyków nie obiektywizmu, lecz kompetencji i niezależności.

 

Więcej…

 

Miłosz Kamil Manasterski: Krytyków zastępują promotorzy


Zbigniew Gordziej w swoim artykule Marx na gwałt potrzebny pisze o stanie polskiej krytyki literackiej. Wygląda na to, że w Polsce mamy poetów jedynie bardzo dobrych lub dobrych; złych jakby nie było. Do takiego wniosku dochodzę, czytając recenzje literackie zamieszczane w różnych czasopismach ukazujących się w naszym kraju. Oto krytycy mający rzetelnie dokonywać analizy i oceny wartości utworów, piszą o nich prawie wyłącznie w samych superlatywach. Brakuje nam rzetelnej i uczciwej krytyki – diagnozuje były prezes Poznańskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Moim zdaniem brakuje nam również krytyków...

 

Więcej…

 

Zbigniew Gordziej: Marx na gwałt potrzebny


Wygląda na to, że w Polsce mamy poetów jedynie bardzo dobrych lub dobrych; złych jakby nie było. Do takiego wniosku dochodzę, czytając recenzje literackie zamieszczane w różnych czasopismach ukazujących się w naszym kraju.

Bo oto krytycy mający rzetelnie dokonywać analizy i oceny wartości utworów, piszą o nich prawie wyłącznie w samych superlatywach. Nie chcą stosować się do rady Krzysztofa Mętraka, który w trosce o nich samych twierdził: „Krytyk (a mówię o krytykach prawdziwych, a nie recenzentach do specjalnych, okazjonalnych poruczeń) nie powinien rozbestwiać artystów, raczej już trzymać ich na dystans, bo podważa swoją rację bytu, gdy zaczyna im na piśmie wysyłać kwiaty”. Admiracja autorów i ich tekstów stała się normą. „Uznani” literaci napinają muskuły i pieczołowicie wpinają dobre recenzje do swoich przepastnych archiwów; co bardziej rządni sławy machają nimi przed oczami koleżanek i kolegów po piórze, albo natychmiast spieszą do mediów wypraszać u znajomego dziennikarza zamieszczenie informacji o „dziele”, bo przecież zauważył je sam Przemysław Cz. czy  Piotr Ś., nie mówiąc już o szczególnie opiniotwórczym Adamie M.

 

Więcej…

 

Zarząd Główny Związku Literatów Polskich

Oddział Warszawski ZLP

O Magazynie Literaci.eu

Czytelnia