Miłosz Kamil Manasterski: Krytyków zastępują promotorzy
Zbigniew Gordziej w swoim artykule Marx na gwałt potrzebny pisze o stanie polskiej krytyki literackiej. Wygląda na to, że w Polsce mamy poetów jedynie bardzo dobrych lub dobrych; złych jakby nie było. Do takiego wniosku dochodzę, czytając recenzje literackie zamieszczane w różnych czasopismach ukazujących się w naszym kraju. Oto krytycy mający rzetelnie dokonywać analizy i oceny wartości utworów, piszą o nich prawie wyłącznie w samych superlatywach. Brakuje nam rzetelnej i uczciwej krytyki – diagnozuje były prezes Poznańskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Moim zdaniem brakuje nam również krytyków...
Jeżeli istniałby wzorcowy obieg literacki to powinien składać się z czterech elementów: twórców, krytyków literackich, wydawców i czytelników. Rola twórców jest oczywista – ich zadaniem jest dostarczanie literackich materiałów. Krytycy zaś powinni pełnić rolę pośrednika pomiędzy twórcą a wydawcą a także czytelnikiem. Wydawcy służyć wsparciem merytorycznym przy powstawaniu publikacji. Dla czytelnika być przewodnikiem wśród książek. To proste. Proszę o wybaczenie, że piszę takie truizmy, ale warto sobie przypomnieć jak powinno być. Bo oczywiście nic takiego nie funkcjonuje. Czytelnik nie kupuje książek kierując się profesjonalnymi recenzjami, wydawca używa swojego własnego wyczucia rynku, a poeci... cóż – krytycy są im potrzebni wyłącznie do chwały.
Zresztą – wybaczcie Państwo – ale krytyków właściwie już nie ma... Nie żebym próbował obrażać moich znakomitych kolegów parających się krytyką – wręcz przeciwnie – uważam, że są szczególnie cenni, gdyż to gatunek wymierający. Nie ma grupy (opiniotwórczej i chciałoby się rzec – wpływowej!) kompetentnych krytyków literackich, których oceny byłyby wiążące dla czytelników, wydawców i literatów.
Nie ma takiego środowiska krytycznego, które miałoby poczucie odpowiedzialność zarówno za to, co trafia do czytelniczych rąk jak i za to, jaka będzie polska literatura w przyszłości. Środowiska zdolnego na bieżąco reagować, odczytywać trendy i wskazywać kierunki. Nie ma krytyków literackich jako grupy narzucającej odbiór i sposób myślenia o literaturze. Są jeszcze ostatnie endemiczne „egzemplarze” tego gatunku, ostatni walczący z jałowością. W ich miejsce wkraczają promotorzy na usługach wydawców albo samych autorów. Promotorzy, którzy podpierając się w mniejszym lub większym stopniu aparatem krytycznym zajmują się lansowaniem swoich „klientów”. Wyraźnie widać to na rynku książki wysokonakładowej, gdzie recenzja jest już po prostu reklamą i tak jest zresztą pojmowana - nawet gdyby była złą.
Nie ma środowiska, bo nie ma kto go tworzyć. Krytyków - mędrców i strażników literatury - dzisiaj jest naprawdę niewielu. Ci, którzy wciąż działają nie są w stanie „zaspokoić” potrzeb. Skoro mamy ponad 1200 członków Związku Literatów Polskich, wśród nas powinna być znaczna grupa krytyków literackich – stanowiąca niejako przeciwwagę i dopełnienie liczby twórców. Krytyk jest intelektualnym partnerem autora – pozostaje pytanie ilu autorów może „obsłużyć”. Gdyby pisał jedną recenzję tygodniowo to byłby w stanie wydać z siebie około 50 recenzji w ciągu roku. Gdyby zechciał aż połowę z tych recenzji poświęcić utworom członków ZLP, mielibyśmy na swoje potrzeby 25 tekstów krytycznych rocznie. Ile powstaje rocznie publikacji w kręgu członków ZLP? Sądzę (choć nikt tego nie policzył), że co najmniej 500 mniejszych i większych utworów godnych refleksji. Aby każda z nich uzyskała jedną recenzję potrzebujemy 20 pracowitych krytyków! Ale jedna recenzja to trochę mało. Wszak żaden krytyk nie jest nieomylny. Krytyczne minimum to dwie recenzje – co podwaja potrzebną nam liczbę aktywnych krytyków do 40. Trudno jednak, by nasi krytycy pracowali wyłącznie z „odgórnego rozdzielnika”. Co najmniej kilkanaście (jeśli nie kilkadziesiąt) publikacji autorów z ZLP zwróciłoby zapewne uwagę także innych krytyków poza „przydziałowymi”. Do naszej statystyki trzeba więc doliczyć kolejnych co najmniej 20 krytyków, co definiuje nasze Związkowe potrzeby na 60 systematycznych i pracowitych krytyków literackich. Mniej systematycznych i rzadziej piszących co najmniej 100. Czy mamy tylu?
Nie. Krytyków tak naprawdę jest jak na lekarstwo. Krytyków nie w sensie wykształcenia i możliwości realizacji tego szlachetnego powołania – co osób faktycznie zgodnie ze swoimi kompetencjami zajmujących się krytyką. Brak krytyków nie oznacza wcale braku zainteresowania krytyką, zwłaszcza pojmowaną jako reklama. Co raz więcej mamy więc amatorskich i półamatorskich recenzji. Coraz więcej geniuszy okrzykiwanych przez kolegów mających nadzieję, że wzajemnie również będą ogłoszeni wielkimi. Ważą się na teksty krytyczne osoby bez wykształcenia ani dorobku. Wychodzą z tego kurioza: o sonetach pisze osoba nie odróżniające sonetu angielskiego od francuskiego. Autor rozprawki o literaturze azjatyckiej nie odróżnia Chin od Japonii. Co raz więcej mamy „krytyków” z własnego namaszczenia, z poczuciem wszechwiedzy i zdolnością do sugestywnego używania określeń „wspaniały”, „wybitny”, „znakomity”.
Pisze Zbigniew Gordziej:Admiracja autorów i ich tekstów stała się normą. „Uznani” literaci napinają muskuły i pieczołowicie wpinają dobre recenzje do swoich przepastnych archiwów; co bardziej rządni sławy machają nimi przed oczami koleżanek i kolegów po piórze, albo natychmiast spieszą do mediów wypraszać u znajomego dziennikarza zamieszczenie informacji o „dziele”, bo przecież zauważył je sam Przemysław Cz. czy Piotr Ś., nie mówiąc już o szczególnie opiniotwórczym Adamie M.
Recenzja stała się słowem równoznacznym z pochwałą. Weszło to już do naszego języka na tyle, że literatów chwali się, bo pisali o nich krytyk X, krytyk Y i krytyk Z. Nie trzeba dodawać, co pisali. Wiadomym jest, że pisali dobrze. Bo złych recenzji już właściwie nie ma. Zresztą dobre recenzje pisze się łatwiej i mniej potrzeba do tego szczególnych umiejętności.
Dlatego nie mogę zgodzić się z propozycją Zbigniewa Gordzieja może krytycy powinni pisać tylko o dobrych książkach, wskazując czytelnikom, co jest warte przeczytania. To niestety za mało. Z naszego wspólnego milczenia nic dobrego nie wynika. W tej ciszy rodzą się pseudo-talenty i pseudo-objawienia, którym nikt nie ma ochoty nawet pogrozić palcem. Już debiutanci są genialni i wielcy – czasem nawet przed wydaniem pierwszej książki. Brak reakcji, przemilczanie, pomijanie złych książek daje efekt odwrotny od zamierzonego. Zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze dobrą recenzję – w najgorszym razie będzie to kolega, który właśnie zadebiutuje w roli krytyka. Każdy autor dostanie w końcu swoją pochwałę i nikt nie zechce tego sprostować, obalić, a może przynajmniej pomniejszyć. A wszystko to czytają miłośnicy literatury, którzy tracą już rozeznanie – czy ta nasza literatura jest tak dobra - skoro mamy same „wielkie talenty” - czy tak zła, że nawet tych „wielkich talentów” czytać się nie da.
Przeczytaj też: "Uzdrowić krytykę i krytyków?" - odpowiedź Leszka Żulińskiego
























